Uff, dawno mnie tu nie było... Jak sobie przeczytałam jeszcze raz poprzednie wpisy to mi się tak cieplutko na serduszku zrobiło. Te piękne studęckie czasy!
To już przeszło 3 lata, odkąd pisałam na blogu, ale jak sobie przypomnę, jakie zawirowania się działy w ciągu tych lat, to aż mi się wierzyć nie chce. Jeżeli kiedyś przez głowę Wam przeszło "no ciekawe, co się do licha dzieje ze studętką, że nie pisze ani nie rysuje", to czytajcie dalej, bo w dzisiejszym wpisie wyjaśni się dość dużo.
W tym momencie chciałabym (poniekąd bardzo protekcjonalnie) sprostować parę rzeczy. Ten wpis powstawał ROK.
Tak, może nawet dłużej.
Same rysunki sporządziłam po powrocie do siebie (dosłownie i w przenośni), czyli co najmniej rok temu, ale nie miałam odwagi ich publikować. Czytając, możecie odnieść wrażenie, że historia tu opisana jakaś bardzo zła i paskudna nie jest (i pewnie że nie powinna była skończyć się tak, jak skończyła), ale uwierzcie mi - dla osoby, która była sama, zbyt ambitna i do tego zbyt "przyjazna", nawet rok bycia w takiej sytuacji jest rzeczą bardzo kiepską. Wstyd przyznać, od samego początku tego cyrku miałam depresję, z której dopiero teraz próbuję wyjść.
Koniec pitu-pitu, przejdźmy do historii.
A więc około ostatniego półrocza mojej magisterki dostałam propozycję doktoratu w Szwajcarii. Pokrótce, kobita zakłada nowy lab w nowym miejscu i poszukiwała najpierw kandydatów u znajomych. No to napisała do Szefuńcia, Szefo przekazał to do mnie, przeszłam rozmowę kwalifikacyjną, wszystko zaklepane. Musiałam tylko dość szybko się obronić, bo potrzeba było doktoranta na teraz-zaraz. Wyrobiłam się właściwie w niecałe 3 miesiące, a ile mnie to kosztowało, to tylko ja wiem.
Pomimo tego, że to wszystko stało się strasznie szybko i nie miałam w ogóle wakacji tamtego roku, rzuciłam się do roboty. Oczywiście, zaraz po załatwieniu spraw urzędowych, czego jedna z moich współpracownic nie była w stanie ogarnąć (ale nie z nią miałam pracować, więc próbowałam się nie przejmować).
No to starałam się jak mogłam, żeby nauczyć się kilku dodatkowych technik, których nie znałam, i zacząć klepać wyniki. Okazało się (całkiem słusznie), że laborzenie to nie jest jedyna rzecz, którą muszę poprawić. Musiałam nauczyć się dobrze planować swój czas, czytać i gromadzić literaturę, poprawić się w prezentacjach (pomimo tego, że to mój konik). Na początku starałam się nie zrażać, pomimo pierwszych oznak tego, że coś się w tej grupie dzieje nienormalnie.
Nieraz zdarzało się, że zostawałam w labie do naprawdę późna (a pracowaliśmy od 9:00 do 19:00) i wychodziłam gdy już nikogo nie było, nie brałam dni wolnych, gdy było wolne. Byłam sama, więc tłumaczyłam to sobie tym, że i tak nie mam co robić i z kim. Często zdarzało się, że po przyjściu do mieszkania i szybkim prysznicu po prostu szłam spać, bo nie miałam siły.
Ciągle tłumaczyłam sobie, że przecież doktoranci w innych miejscach pracują więcej ode mnie i jakoś dają sobie radę.
Pomimo widocznie większego zaangażowania byłam zmuszona tydzień w tydzień wysłuchiwać, jaka to ja nie jestem roztargniona, niedokładna, nie umiem prowadzić dziennika, nie umiem planować czasu (skoro potrzebuję go więcej niż inni), a moje wyniki są mierne. Och, i jeszcze nie umiem robić prezentacji (które robiłam częściej niż inni, znacznie więcej prezentacji literaturowych, do których trzeba było się przygotowywać długo). Słyszałam od innych, że tylko ja jestem tak traktowana. Ba, nawet nasi studenci mieli mniej do "naprawy" niż ja.
Depresja zaczęła się na dobre w tamtym czasie.
Do dziś pamiętam tę gównianą ankietę. Była chyba tylko jedna rzecz, którą zaznaczyłam jako pozytywną w moim wykonaniu. Reszta, zgodnie z tym, co słyszałam zarówno od szefowej, jak i współpracownic (starszych doktorantek), była popisem zaznaczania kratki "źle".
A jeżeli mowa o współpracownicach... Miałam oczywiście dwie bardzo dobre koleżanki, naszą studentkę i doktorantkę, też z mojego roku. Co do reszty dziewczyn, było tyle sytuacji, w których byłam dosłownie opieprzana przez starszą koleżankę za jakiekolwiek błędy. Przyjęło się, że "ja się nie uczę i nie dostosowuję", skoro to ja zawsze popełniam błędy. Prawda była taka, że nigdy tego samego błędu nie popełniłam dwa razy. Raz zostałam tak perfidnie zbesztana za to, że panna krzykara nie zauważyła czegoś i wmówiła sobie, że to moja wina.
Szefowa oczywiście na to przyzwalała, bo wg niej tak trzyma się lab w ryzach.
W życiu nie miałam takich problemów z ogarnięciem się, pamięcią i zapanowaniem nad emocjami jak wtedy, więc gaf popełniałam coraz więcej. Nie mówię, że nie zasługiwałam na opieprz, w większości przypadków było to zasadne (o ile ktoś to umie robić). Gorzej, że sygnalizowałam o moich ówczesnych problemach wszystkim wokół tylko po to, żeby potem to było obrócone przeciwko mnie.
Po tym, jak znowu szefowa mnie opieprzyła (nie pamiętam, o co poszło), powiedziałam sobie "nie wytrzymam już tak dłużej". Napisałam wreszcie do Szefuńcia najszczerszy mail od miesięcy, pytając, czy w razie czego przygarnie doktorante. Wcześniej nie chciałam mu mówić o moich problemach. Miałam tyle zaczętych maili, ale żadnego nie wysłałam, nie chcąc przyznać się do porażki.
W pamiętny poniedziałek poszłam do Jaśnie Pani biura i powiedziałam, że nie nadaję się na jej doktorantkę i nie chcę już u niej pracować. Umówiłyśmy się, że dokończę moje badania do końca mojej umowy i spadam stamtąd.
Najbardziej mi utkwiło w głowie jej zdanie:
No przecież ja Cię wzięłam dlatego, że Ty taka entuzjastycznie nastawiona byłaś, no jakim cudem miałabyś stracić ten entuzjazm? <- coś w tę mańkę.
Nawet nie chcę tego komentować. Niemniej, z rozmowy wyszło na to, że ja jestem zbyt dobra w udawaniu, że nic się nie dzieje, poza tym jestem zbyt pewna siebie (??), pyskata (??) i się nie umiem dopasować do grupy. Bo to ja mam się dopasować, a nie grupa do mnie. Ech, pomimo wyjaśnień z mojej strony, ona kompletnie nic nie zrozumiała.
Udało mi się wrócić do Szefuńciowego labu parę miesięcy potem. Rok musiałam poczekać na egzaminy na doktorat, w tym czasie napisałam własny grant i zaczęłam ogarniać moją depresję, pracowałam w labciu.
Teraz już jest o wiele lepiej, dostałam się na doktorat, dostałam grant, wreszcie staję na nogi. Co prawda będę musiała w przyszłym semestrze ogarniać tfu!-dydaktykę, ale to jest pikuś.
Nawet nie wiecie, jak mi teraz dobrze jak wstaję i idę do labu. Nawet, jeśli zdarza mi się narzekać, bo muszę wstać (bom śpioch nieprzeciętny).
W każdym razie, pointa jest taka, że w tym momencie przynajmniej wiem, czego NIE CHCĘ w swoim życiu i karierze naukowej. Oczywiście, żałuję, że mi niekoniecznie wyszło, ale płakać po tym nie będę.
A każdej osobie, która przeżywa to samo, co ja wtedy (niekoniecznie w tym samym wydaniu) będę radziła zawsze, żeby przemyślała, czy jest w stanie to zrobić za taką cenę. Ja należę do uparciuchów (po tacie) i mogłabym z palcem w nosie mieć dyplom w tamtym miejscu, nie chciałam jednak zrobić tego kosztem własnej psychiki, bo po 4 latach byłabym cieniem człowieka. Albo wcale by mnie nie było.
Do następnego kochani!
Jestem Studętę, jak również Doktorante
Witajcie kochani!
Tak na szybko - jestem na drugiej w ciągu ostatnich 2 tygodni konferencji, dlatego ostatnio dawałam mało znaków życia. Teraz jesteśmy na konferencji metaloorganików, na której jestem jedyną osobą nie posiadającą tytułu magistra (ktoś kiedyś mi mówił, że lepszy lic. niż nic, ale w obecnej sytuacji chciałabym magistra w trybie "nał").
Oczywiście będziecie mogli liczyć na moje wrażenia z obu tych imprez, ale po moim powrocie w środę.
Tymczasem moje przemyślenia przed sesją, na której będę chairmanem - dla niewtajemniczonych to osoba, która przedstawia ludzi prezentujących i w ogóle gadająca pomiędzy prelegentami, ładnie wyglądająca, uśmiechnięta i elokwentna (czyli przeciwieństwo Studętki, moje może niekoniecznie - akurat uśmiech to ja mam).
Jestę Studętę jak również Krzesłoludę.
Życzcie mi powodzenia na mojej sesji czermeńskiej i jutro o 11:30 na mojej prezentacji (nie muszę chyba Wam mówić, o czym będzie ta prezentacja? XD).
Krzesłoludy atakujom!
Tak, kochani, w życiu każdego z nas zdarzają się czasem upadki, ale to, jak ja upadam, jest po prostu mistrzostwem świata. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że tragedią było zbicie rurki z gwintem do NMR.
Och, jak bardzo się myliłam. Przekonałam się niedawno, że niezdarność Studętki może być jeszcze bardziej destrukcyjna, i że cierpliwość Szefuńcia ma swoje granice (a jednak...).
DEWAR. ZA 5 STÓW. Myślałam, że serce mi stanie jak usłyszałam ten huk. Upadł z mniej niż pół metra, po napełnieniu ciekłym azotem. I masz, roztrzaskało się w nim szkło, na szczęście poleciało pod stół. Na nieszczęście tak bardzo zdenerwowałam Szefuńcia, że był na mnie zły dobre 2 godziny (ale pewnie się zorientował, że bardzo mocno przeżywam, jak jest na mnie zły).
A tak się starałam, żeby nie musiał się na mnie denerwować. Cóż, ostatnio byłam zbyt pewna swoich umiejętności, to dostałam lekcję pokory.
Ale, na Hipopotamusa, czemu taką drastyczną lekcję?!
Do tej pory mi głupio, jak wchodzę do labu. Na szczęście pan Smok miał gdzieś w zanadrzu dodatkowy dewar, więc póki nie przyjdzie nasze zamówienie, będziemy mogli pracować bez większych problemów.
...
PRZEPRASZAAAAM! D:
Granice niezdarności
No i stało się.
Sesja zdana w pierwszym terminie (ufff...), a że przed i w czasie sesji Szefuńcio mówi "wypad, uczyć się!", to i historii nie przybywało.
Nowy semestr powitał mnie całym tygodniem nasyfionym wykładami, które rozsiane są w tak różnych godzinach, że żeby posiedzieć i coś porządnego zrobić w labie, muszę z niektórych rezygnować. Za to mam tylko jedne laboratoria w ogóle, co oznacza JEDNĄ (!!!), wreszcie JEDNĄ wejściówkę na tydzień! Co ja zrobię z tym wolnym czasem?!
No właśnie, semestr letni to czas wychodzenia do ludzi, wyjazdów na konferencje studenckie (i nie tylko - Szefuńcio zrobił mi "prezencik" i mogę jechać na konferencję doktorantów, ale o mojej reakcji wspomnę kiedy indziej...). A jak każdy szanujący się student wie, trzeba na konfę machnąć abstrakt, czyli krótko, o czym się będzie mówiło. Studętce pisanie abstraktów idzie jak po grudzie, a pełna mobilizacja następuje... no właśnie.
Szefuńcio słynie z tego, że jest bardzo zasadniczy w sprawie pisania czegokolwiek (od abstraktów po prace dyplomowe).
Z reguły poprawki w tekście mienią się kolorami tęczy, gdzie dominuje czerwony (usunąć), lub żółty (zmienić). Poprawienie tego nie jest aż tak bardzo upierdliwe, ale poprawianie abstraktu na pół godziny przed deadlinem może być stresujące dla obu stron.
Do tej pory takie akcje kończyły się pomyślnie. Za każdą z nich jednak rodzi się w mojej głowie postanowienie "następnym razem zrobię abstrakt wcześniej, będzie ładny, przemyślany, cud-miód-orzeszki".
...i za każdym kolejnym razem Szefuńcio ma chyba ochotę mi zaserwować "Gallium Hippo Overdrive!" za zostawianie pisania abstraktów na ostatnią chwilę. Kółko się zamyka.
Może kiedyś się nauczę...
PS. "Gallium Hippo Overdrive" jest subtelnym nawiązaniem do technik prezentowanych w Jojo's Bizarre Adventure. Gdyby ktoś był ciekawy. Aż strach pomyśleć, jak musiałaby wyglądać ta technika w rękach Szefuńcia 0___0"


















